...
Poznaję w hospicjum ludzi spełnionych.
Co za ulga, co za otucha!
Jerzy ściska moją rękę. Opowiada o niepełnosprawnej wnuczce, która właśnie – mimo strachu - poszła na studia.
I płacze, wzruszony.
Opowiada o żonie, której nie oddałby za żadne skarby świata:
- Jest taka dobra, kochana; jesteśmy razem 54 lata… – i znów łzy.
Jerzy całuje mnie w rękę za każdą przyniesioną herbatę, za każdą współdzieloną historię.
Przepełnia go wdzięczność.
Wzruszają go wolontariusze, siostry, lekarze.
To, że zaraz jadę po synka.
Wzruszają go wspomnienia.
Jestem z nim, gdy wybiera swojego pierwszego, zielonego malucha, gdy poznaje przyjaciela na badaniu przed komisją wojskową, gdy rozrabiają jego - niedorosłe jeszcze – dzieci, gdy załatwia komplet mebli „Kowalski”.
Trzymam go za rękę i ładuję się bezcenną wdzięcznością do każdej chwili.
O chorobie nie rozmawiamy, szkoda czasu.
Szczęśliwie blado wypada w porównaniu.
.
[681]. X dzień radioterapii.
wczoraj

5 komentarze:
Może zabrzmi to jak truizm, ale spełnienie ludzie zawdzięczają sędziwemu wiekowi, pod warunkiem, że nie marnowali czasu.
Codziennie zagladalam z nadzieja, ze cos napisalas Zorko i wreszcie... jest! Dziekuje Ci. Pisz, pisz - prosze!
wystarczy na chwile zmienic persektywe patrzenia na zycie i posluchac uwaznie co mowia ludzie w hospicjum a wszystko staje sie takie proste, takie przejrzyste, takie cudowne- nie potrzeba madrych ksiazek zeby w sekunde poustawiac sobie wlasciwie priorytety
dzieki Zorko!
trzeba patrzeć oczami hospicyjnymi,żeby umieć dostrzec i docenić sens życia.....
świetnie piszesz
Prześlij komentarz