2 grudnia 2011

Raporcik

...


Dwa miesiące odwiedzałam panią Olę w ramach hospicjum domowego.
Ciepły, dobry czas.
Zadomowiłam się zupełnie; wiem gdzie są przyprawy, gdzie najlepsza herbata, drewniana łyżka, cebula do pulpetów, kredki wnuczki i notes z programami TV.
Kolorowałam z Karolcią Scoobiego Doo, zmywałam, gotowałam – ostatnio nawet z Olą, która z pozycji krzesełkowej kroiła posłusznie koprek i inne dobra.

Z Oleńką w ogóle jakąś przedziwna sprawa:
na karku przynajmniej dziesięć razy osiem, szanse na wygrzebanie się z choroby - adekwatne do wieku. A Ona, nie dość, że przeszła pomyślnie przeszczep skóry i najspokojniej w świecie wróciła po półrocznej hospitalizacji do domu, to na dokładkę wstała z łóżka, bez cewnika, i śmiga. Balkonik szczęśliwie zaczął służyć jako wieszak.

Pora było kończyć tę sielankę - kawki, serniczki, gotowanie obiadów i przemiłe konwersacje z najtroskliwszym z mężów oddałam bez wahania rodzinie.
I wiem - Ola poradzi sobie wyśmienicie bez „pani z hospicjum”.
Dzwonimy raz po raz do siebie – ale już poza rolą.
Amen.


Wróciłam na oddział.


I jestem bardzo.


Pisanie jednak to chwilowo niedostępny luksus.



.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Intrygujący wpis;-/. Takim sposobenm to i ja mógłbym załozyc bloga. I to nie jednego.Ale czy na tym polega blog? Na pustych, nic nie wnoszących wpisach?

zorka pisze...

Z reguły właśnie na tym polega "blog".

Szczęśliwie znam kilkanaście wspaniałych wyjątków. I mam apetyt poznać więcej. :)